Brenna – zimowa radość dla samotnych podróżników

Wstałem o 5:50 (wtorek) i tak sobie pomyślałem, czy to prawda, że w górach jest taki tłum o jakim piszą w popularnych mediach? Stwierdziłem, że trzeba to sprawdzić . Szybko się spakowałem i koło 6:30 byłem już za kierownicą. Niepokoiła mnie jedynie pogoda – w Gliwicach niestety lało. Miałem parasol i plan awaryjny czyli szybki powrót do biura. Humor nie był zbyt dobry. Na wysokości Żor nadal ostro padało. Jednak im bliżej gór, tym większa breja spadała z nieba, a na wysokości Skoczowa temperatura obniżyła się do -0.5 stopnia a z nieba zaczął padać śnieg. To był dobry prognostyk na cały dzień.

Brenna – wejście na szlak

Dojechałem do Brennej. Aut z turystami brak. Sporo samochodów firmowych – w końcu to normalny dzień pracy. Przejechałem już zaśnieżoną Brenną i zaparkowałem na najbliższym parkingu położonym niedaleko wejścia na szlak. Szybkie przebranie butów i ocena sytuacji. Było pięknie, a jedyne ślady były wyjeżdżone prawdopodobnie przez Straż Leśną. Ludzi brak. Może to kwestia godziny (Była 7:45). Przed wejściem na szlak stanąłem na chwilkę i rozglądnąłem się dookoła. Tak powinny wyglądać Święta 🙂 Idealnie białe. To przyjemności po kilku latach znów ucieszyć się z prawdziwego zimowego widoku i zimowej aury. No to w drogę.

Koniec trasy z asfaltem – wchodzę w las

Coraz częściej w Beskidach można spotkać trasy, które w pierwszym etapie są pokryte asfaltem. Tak jest też i tutaj. To ułatwienie dla osób z małymi dziećmi. Na trasy mogą też wjechać osoby na wózkach. Dzięki takim rozwiązaniom z jednej strony tracimy na atrakcyjności okolicy, bo staje się bardziej zurbanizowana, ale trasy i piękno lasów dostępne jest dla tych, którzy w innym wypadku nie mieliby szans na ich podziwianie. Straż pożarna też ma zdecydowanie łatwiejszy dostęp w razie wystąpienia ewentualnego pożaru. Później już trasa w las i stąpanie po obluzowanych kamieniach, które co raz wyskakiwały z pod śniegu. Jako, że jesteśmy w środku sezonu skoków narciarskich, wszystkie dywagacje komentatorów na temat techniki lądowania przydały się przy okazji spadania po poślizgu. Lądowanie było poprawne, choć telemark nie był właściwie zaznaczony. Sam dałbym sobie notę 16.5 za styl, ale mam silą wolę poprawy w stylowym ześlizgiwaniu się ze zbocza. Trasę znałem z lata więc na pierwszym przystanku byłem gotowy na piękny widok. Panoramę zaśnieżonego Szczyrku. Zdjęcia nie zamieszczę, bo byłoby całe białe. Z widoku została biała plama, ale oczami wyobraźni widziałem, że na pewno jest tam pięknie. Wybrałem drogę na Klimczok – wszak tam musi być jakaś cywilizacja, o której tak głośno się mówi w mediach. Nie było nikogo, chociaż naokoło pojawiało się coraz więcej śladów. Nie jestem najlepszy z rozpoznawania zwierząt po odciskach łap lub kopyt, ale śmiało mogę powiedzieć, że było ich coraz więcej i różnych rodzajów. Nic mnie jednak nie postanowiło schrupać, z resztą chyba trochę za dużo tłuszczu… z drugiej strony dla zwierząt podczas zimy mogło by być to walorem kulinarnym 🙂

W drodze na Klimczok

W końcu nadszedł czas powrotu. Trzeba było ruszyć do samochodu. Czas gonił i niestety zmieniała się temperatura. Rosła. Z każdym krokiem w dół czułem jak dotąd piękny śnieg roztapia się pod naciskiem buta. To jeszcze nie ten moment. Powrót niby po śniegu, ale coraz bardziej ciapowato brejowatym. Nie była to już taka przyjemność (chyba, że ktoś lubi ciapo-breję). Wracając spotkałem pierwszych turystów – chyba małżeństwo. Pani niestety trzęsła się z zimna, a niestety wraz z topniejącym powoli śniegiem (a trochę jak widać go było) wilgoć stawała się coraz większa. Robiło się coraz bardziej chorobowo. Małżeństwo bardzo dobrze wyposażone, świetne kurtki, buty i cały osprzęt. Nawet gorąca herbata. Życzę dużo zdrowia! Dalej spotkałem kolejną rodzinę i to zasadniczo tyle jeśli chodzi o spotykanie kogokolwiek na szlaku. Wszystkich osób było może 6 czy 7. Czy zachowywali odstępy? Tak, zdecydowanie większe niż w kolejkach, które stoją do lekarzy lub po zrobienie wymazu. Może są faktycznie miejsca, w których ludzie gromadzą się jakoś częściej, może są po prostu bardziej dostępne. Może gromadzą się tam ludzie, którzy po prostu w górach mieszkają – gdzieś też muszą się podziać. To co ja zauważyłem, że wszystko jest zgodnie z wytycznymi sanitarnymi (chyba, że ci wszyscy turyści chowali się za drzewami, gdy akurat szedłem). Niebezpieczeństwa związanego z COVID 19 nie zaznałem, choć nie ukrywam, że trochę się przeziębiłem przez niedostosowanie kurtki do zmieniających się warunków pogodowych, ale to jest w 100% moja wina.

Podsumowując:
W Brennej nie było praktycznie ludzi,
Auta w zdecydowanej większości na tubylczych rejestracjach
Restauracje pozamykane
Na szlakach praktycznie pusto …

…i to nieskazitelne piękno świeżo pokrytych śniegiem gór. To było przepiękne.

No i najważniejsze, lecz oderwane troszkę od artykułu: dziś wygrał Kamil Stoch 🙂